Bitwa o Anglię

Aktualności

Jesteśmy świadkami swoistej bitwy o Anglię. Toczy się ona zarówno wewnątrz Zjednoczonego Królestwa, jaki i poza nim – w Unii Europejskiej. Nad Tamizą najważniejsze są, wyznaczone na 12 grudnia wewnętrzne przedterminowe wybory, czyli bitwa o głos każdego potencjalnego brytyjskiego wyborcy. W „sercu Europy”, czyli w Brukseli, trwała batalia o zatwierdzenie całego składu Komisji Europejskiej. A zabrakło w nim właśnie Anglika. Niemiecka przewodnicząca Komisji Europejskiej, Ursula von der Leyen, biła się do końca, aby go pozyskać. Bezskutecznie. Poległa. 

Zgodnie z traktatami każdemu krajowi członkowskiemu przypada jeden komisarz. Z punktu widzenia formalnego, każdy kraj ma obowiązek zgłoszenia kandydata. Łącznie do UE należy 28 państw, więc tylu powinno być komisarzy. Skład Komisji zatwierdza Parlament Europejski, ale wszystkich,  nie pojedynczo, grupowo. W gromadzie tej zabrakło brytyjskiego kandydata. Powstał więc poważny jurydyczny problem. Chcąc  zażegnać go, Ursula von der Leyen napisała list do premiera Wielkiej Brytanii Borisa Johnsona, aby przysłał kandydata.

Brytyjski premier najłagodniej rzecz ujmując zlekceważył panią Ursulę, nie racząc nawet jej odpisać. Przewodnicząca Komisji obawiając się, że przez brytyjską obstrukcję w ogóle nie uda się zatwierdzić składu Komisji, ponownie napisała do Johnsona, grążąc sankcjami i europejskimi trybunałami. W odpowiedzi, nagabywany brytyjski premier odpisał zdawkowo, że żadnego kandydata nie przyśle, bo jest zajęty wyborami we własnym kraju. W języku kuluarowym oznaczało to, że ma panią Ursulę, jak i całą Unię Europejską, w nosie. Cóż było czynić. Niemiecka komisarz poszukiwać zaczęła prawników i europejskich gremiów, które orzekną, że to, co jest bezprawne, właściwie jest zgodne z prawem. Prawem Unii. Czyli, że niby można zatwierdzić całą Komisję, choć jest ona niecała. Słowem uznać niepełny skład za niby pełny. Wszystko to dla dobra Unii Europejskiej i jej obywateli, także nas Polaków. No i jak tu nie być wdzięcznym Ursuli von der Leyen?

Sądzę, że tę wdzięczność najpełniej będą okazywać jednak przegłosowani en bloc komisarze. Wszak zarabiają oni (ale dopiero po zatwierdzeniu) ogromne sumy, około 100 tysięcy złotych miesięcznie, plus dodatki. Tak, że każdy miesiąc zwłoki to duża strata, wiadomo. Ciekawe, że takiego parcia na pensje nie wykazali Brytyjczycy. Ale skoro i tak mają wyjść. Zapytać jednak można, co się stanie jeśli nie wyjdą? Brytyjscy europosłowie są wybrani i od kilku miesięcy pracują już w Brukseli oraz Strasburgu. Czekający na ich wymianę europosłowie dublerzy, w tym jeden z Polski, obejdą się smakiem. Wszak i tak wybrano ich na zapas, z naruszeniem traktatów. A formalnie naruszenie traktatów, w związku ze wspomnianym niewystawieniem kandydata na komisarza, zarzuciła rządowi brytyjskiemu ustępująca Komisja Europejska i wszczęła wobec niego procedurę naruszenia prawa UE. Wszak zgodnie z prawem Unii Europejskiej – jak już wspomniałem – liczba komisarzy wraz z przewodniczącym ma odpowiadać liczbie państw członkowskich i musi zostać zatwierdzona przez Parlament Europejski w JEDNYM głosowaniu. Jakby nie liczyć, jednego komisarza brakuje. Jeśli Brytyjczycy zwlekaliby dłużej z opuszczeniem Unii, to nie jest wykluczone, że wreszcie wyślą kandydata na komisarza. Wówczas znowu powstanie dylemat, w jakim trybie go zatwierdzać i czy w przyszłości każdy kraj członkowski UE będzie mógł przysyłać po czasie swoich kandydatów do unijnych gremiów, gdy w perspektywie, podobnie jak Brytyjczycy, będą mieli wybory krajowe. Jak wiadomo w Unii są równi i równiejsi, a Wielka Brytania (podobnie jak Francja i Niemcy) nie jest „każdym krajem członkowskim”. Jeśli się więc zdecyduje na wysłanie kandydata, to Unia prędko znajdzie sposób na jego dołączenie. A podział kompetencji?

No cóż, odbierze się niektóre innym komisarzom. Przykładowo polskiemu komisarzowi do spraw rolnictwa, już zabrano kluczowe kompetencje w sprawie pomocy publicznej, które notabene posiadał jego poprzednik, i przekazano innej osobie. Nie sądzę jednak, aby uszczuplono kompetencji na przykład Fransowi Timmermansowi, za którym – co przewidywałem – głosowali niemal wszyscy polscy europosłowie, także europosłowie PiS-u. Tylko dwoje bohatersko albo ze strachu wstrzymało się od głosu. Nikt z polskich europosłów nie głosował przeciw, także przeciw Timmermansowi. Gratulacje! Tylko teraz w Polsce nie krytykujcie Timmermansa, jak sami go wybraliście. Sądzę, że podobnie, bez zgrzytów Parlament Europejski jest w stanie zatwierdzić przysłanego z Londynu, po czasie, kandydata na komisarza. Czy tak się stanie, zależeć będzie oczywiście od grudniowych wyborów na Wyspach Brytyjskich. (Dlatego będą one nie tylko swoistą bitwą o Anglię, ale także, w dużej mierze, o Europę.)